Umieranie boli
Ciemna ulica, dwie długie kamienice - obdrapane, cuchnące, błagające o litość. Mieszka tu pięć rodzin. Każda z nich jest poważnie zadłużona, wygłodzona, oczekująca eksmisji. Nie mają ciepłej wody i prądu. Żyją jak w średniowieczu, paląc świeczki, gdy przychodzi noc.
Dwójka dzieci bawi się na podwórzu. Dziewczynka, ubrana w pożółkłą od brudu sukienkę, grzebie rączkami w ziemi. Ma brudne palce, ale w domu brakuje mydła. Chłopiec nie ma butów. Gołymi stopami kopie sflaczałą piłkę w oznaczony białą kredą fragment muru. To jego bramka.
Przeraża ją ten widok. Czuje odrazę i wstręt, nie jest przyzwyczajona do takich widoków.
- Czego chcesz? - słyszy za sobą.
Jej palce mówią: u c i e k a j .
Ona powtarza sobie: o d d y c h a j .
- Szukam - zerka na pomięty świstek pergaminu, który mocno ściska w dłoni - pani Roberty Perez.
Powoli odwraca głowę, ale nie podnosi wzroku.
Mężczyzna o złotych włosach wpatruje się w jej zadbaną twarz. Zastanawia się, jak to jest mieć tak czystą skórę, pachnące włosy i ładne ubrania.
- Miguel, Eva - zwraca się do dzieci - Pora spać, już późno.
Szkraby posłusznie wykonują polecenie i znikają za betonową kolumną.
- Usiądź - mówi do dziewczyny, wskazując kanapę przy wejściu, na której sam przed chwilą siedział.
Jest brudna i zniszczona, prawdopodobnie przyniesiona ze śmietniska. Na jej oparciu śpi czarny kot.
- Postoję.
To, czego German nigdy nie był w stanie zrozumieć, zawsze doprowadzało Violettę do nerwów i płaczu. Wiedziała, że ma tylko jego, a to sprawiało, że cierpiała jeszcze bardziej.
Teraz coś się zmieniło.
Nie czuła już tego przytłaczającego ciężaru, który ojciec zawsze kładł na jej barki. Była wolna, samowystarczalna i prawie szczęśliwa.
Codziennie patrzyła na jedyne zdjęcie swoich przyjaciół i zastanawiała się, co teraz robią, czy coś się u nich pozmieniało, i czy w ogóle za nią tęsknią. Miała jednak wątpliwości, czy ktokolwiek z nich chciałby jeszcze o niej pamiętać.
Poznanie was wszystkich było największym szczęściem, jakie mnie spotkało, myślała za każdym razem, kiedy wodziła palcem po ich twarzach.
Nie żałowała już niczego. I choć wiele czasu zajęło jej dojście do siebie, teraz wiedziała, że wszystkie te sytuacje, wszyscy ci ludzie byli po coś.
Teraz trzymała w dłoniach klucze do nowego mieszkania, własnego mieszkania, i wciąż nie mogąc w to uwierzyć, przyglądała się ojcu, który wyraźnie zestresowany, co chwila zerkał w stronę dumnego Ramallo i wzruszonej Olgi.
- To jakiś żart, prawda, tato? - wydusiła wreszcie, usilnie powstrzymując wybuch niekontrolowanej euforii.
- No, cóż - mężczyzna zaczął wymijająco, jednak stanowczy wzrok Ramallo wymusił na nim konkretną odpowiedź - Nie, kochanie, to żaden żart. Długo nad tym wszystkim myślałem i...
- I? I co? Tato, i co?
- I doszedłem do wniosku, że nie mogę trzymać cię całe życie w domu - westchnął z rezygnacją, co w żaden sposób Violetty nie zasmuciło, wręcz przeciwnie - już po chwili wtulała się w niego, zażarcie dziękując - No właśnie. Właśnie tego się obawiałem - mruczał do siebie, głaszcząc córkę po plecach.
- Och, Ramallo! Ramallo! - Olga uwiesiła się na jego ramieniu, głośno pociągając nosem - Czy to nie jest wzruszające? Ptak wypuszczający swoje pisklę z gniazda! Och, Ramallo!
Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem, usilnie próbując uwolnić zakleszczone ramię. Na nic się to jednak zdało.
- Tak, niesamowite - burknął tylko, wolną ręką poprawiając krawat.
A uśmiech nie schodził Violetcie z ust.
- Jejku, nie mogę w to uwierzyć! - krzyczała - Jestem taka szczęśliwa, tato! Tak bardzo cię kocham. Najbardziej! A teraz muszę je zobaczyć! Muszę, muszę!
Mocno zacisnęła dłoń na ramieniu ojca i zaczęła ciągnąć go ku drzwiom wyjściowym, przy okazji wypowiadając milion niezrozumiałych słów zagłuszanych przez ciągły chichot.
- Violu, poczekaj! Poczekaj. Co takiego musisz zobaczyć?
- Mieszkanie, tato, mieszkanie!
Wchodzi do pomieszczenia, które przypomina niewielki salon. Dokoła maleńkiego stolika do kawy stoją stare, krzywe fotele. Tapeta jest pożółkła i odłazi ze starości. W powietrzu wisi ciężki, stęchły zapach, świadczący o tym, że okna o popękanych szybach nie były otwierane od lat. Dywan pod jej stopami ma kolor zielonego lasu, ściany są wyłożone koszmarnymi panelami, które mają udawać drewno. Ten dom jest najzwyczajniej w świecie ohydny.
- Nie podoba ci się tu?
Jakiś m ę ż c z y z n a .
Musi mieć co najmniej trzydzieści pięć lat, jest wysoki i mocno zbudowany, obrysowany tkaniną garnituru, który leży tak doskonale, że to aż nieprzyzwoite. Jego włosy są gęste, miękkie jak masło orzechowe, linia jego szczęki jest wyraźna, rysy idealnie symetryczne, kości policzkowe zahartowane życiem. Ale największe wrażenie robią jego oczy. Jego oczy są najbardziej zachwycającą rzeczą, jaką można zobaczyć.
Są prawie jak akwamaryn.
- Szuka Roberty Perez - odzywa się złotowłosy, stając tuż za blondynką.
Mężczyzna w garniturze nazywa się Malave. Zarządza nieruchomościami.
- Roberty Perez? - pytająco spogląda na nastolatkę - Czego taka piękna i młoda kobietka mogłaby chcieć od jakiegoś starego próchna?
Delikatnie dotyka różowego policzka dziewczyny. Jego palce podążają dalej, wzdłuż szyi i ramienia do jej torebki, którą kurczowo trzyma w lewej ręce.
- Dobrze wiem, co tu trzymasz - mówi, błyskając zniewalającym uśmiechem i jednym zdecydowanym ruchem wyrywa kopertówkę z jej dłoni.
Rzuca ją w stronę złotowłosego, który wysypuje całą zawartość na podłogę. Butelka gazu pieprzowego turla się do lewej nogi Malave, a portfel i różowy błyszczyk upadają z hukiem na ziemię.
- Jaka szkoda, że niczym mnie nie zaskoczyłaś, - wzdycha - bo zapowiadałaś się zdecydowanie ciekawiej.
Blondynka wykorzystuje moment nieuwagi i odwraca się gwałtownie, obierając sobie za cel stare drewniane drzwi prowadzące na podwórze. Już ma zrobić krok, gdy ciemnowłosy chwyta za delikatny nadgarstek i drugą ręką przyciska ją do ściany za gardło, żeby odjąć jej tlen, udusić, i jest pewna, że umiera, jest przekonana, że to właśnie takie uczucie umierać, być całkowicie unieruchomionym, bezwładnym od szyi w dół. Próbuje się bronić, resztką sił, kopie go, ale po chwili poddaje się, w ostatnim przebłysku świadomości przeklinając własną głupotę, potępiając siebie za to, że była taką idiotką, że sądziła, że może tu przyjść i coś wskórać, kiedy zdaje sobie sprawę, że zabrał jej telefon i włożył go sobie do kieszeni.
- Ludmiła?! - słyszy gdzieś w oddali znajomy głos. Jest rozmyty, trochę zdeformowany.
Puszcza ją.
Opada na podłogę.
Krztusi się męczarnią swoich płuc, wdychając ze świstem brudne, stęchłe powietrze, dziwacznie, przeraźliwie dysząc. Jej ciałem wstrząsają spazmy bólu. Na chwilę zaciska powieki. Próbuje oczyścić drogi oddechowe, próbuje odzyskać jasność umysłu. Kiedy wreszcie podnosi wzrok, on siedzi w jednym z foteli, przyglądając jej się tak, jakby świetnie się bawił.
Czyjaś dłoń dotyka jej pleców. Wzdryga się, już ma ochotę zrobić zamach i ostatkami sił oddać cios, ale widok znajomej twarzy, t e j twarzy, rozluźnia jej wszystkie mięśnie.
Wchodzi do pomieszczenia, które przypomina niewielki salon. Dokoła maleńkiego stolika do kawy stoją stare, krzywe fotele. Tapeta jest pożółkła i odłazi ze starości. W powietrzu wisi ciężki, stęchły zapach, świadczący o tym, że okna o popękanych szybach nie były otwierane od lat. Dywan pod jej stopami ma kolor zielonego lasu, ściany są wyłożone koszmarnymi panelami, które mają udawać drewno. Ten dom jest najzwyczajniej w świecie ohydny.
- Nie podoba ci się tu?
Jakiś m ę ż c z y z n a .
Musi mieć co najmniej trzydzieści pięć lat, jest wysoki i mocno zbudowany, obrysowany tkaniną garnituru, który leży tak doskonale, że to aż nieprzyzwoite. Jego włosy są gęste, miękkie jak masło orzechowe, linia jego szczęki jest wyraźna, rysy idealnie symetryczne, kości policzkowe zahartowane życiem. Ale największe wrażenie robią jego oczy. Jego oczy są najbardziej zachwycającą rzeczą, jaką można zobaczyć.
Są prawie jak akwamaryn.
- Szuka Roberty Perez - odzywa się złotowłosy, stając tuż za blondynką.
Mężczyzna w garniturze nazywa się Malave. Zarządza nieruchomościami.
- Roberty Perez? - pytająco spogląda na nastolatkę - Czego taka piękna i młoda kobietka mogłaby chcieć od jakiegoś starego próchna?
Delikatnie dotyka różowego policzka dziewczyny. Jego palce podążają dalej, wzdłuż szyi i ramienia do jej torebki, którą kurczowo trzyma w lewej ręce.
- Dobrze wiem, co tu trzymasz - mówi, błyskając zniewalającym uśmiechem i jednym zdecydowanym ruchem wyrywa kopertówkę z jej dłoni.
Rzuca ją w stronę złotowłosego, który wysypuje całą zawartość na podłogę. Butelka gazu pieprzowego turla się do lewej nogi Malave, a portfel i różowy błyszczyk upadają z hukiem na ziemię.
- Jaka szkoda, że niczym mnie nie zaskoczyłaś, - wzdycha - bo zapowiadałaś się zdecydowanie ciekawiej.
Blondynka wykorzystuje moment nieuwagi i odwraca się gwałtownie, obierając sobie za cel stare drewniane drzwi prowadzące na podwórze. Już ma zrobić krok, gdy ciemnowłosy chwyta za delikatny nadgarstek i drugą ręką przyciska ją do ściany za gardło, żeby odjąć jej tlen, udusić, i jest pewna, że umiera, jest przekonana, że to właśnie takie uczucie umierać, być całkowicie unieruchomionym, bezwładnym od szyi w dół. Próbuje się bronić, resztką sił, kopie go, ale po chwili poddaje się, w ostatnim przebłysku świadomości przeklinając własną głupotę, potępiając siebie za to, że była taką idiotką, że sądziła, że może tu przyjść i coś wskórać, kiedy zdaje sobie sprawę, że zabrał jej telefon i włożył go sobie do kieszeni.
- Ludmiła?! - słyszy gdzieś w oddali znajomy głos. Jest rozmyty, trochę zdeformowany.
Puszcza ją.
Opada na podłogę.
Krztusi się męczarnią swoich płuc, wdychając ze świstem brudne, stęchłe powietrze, dziwacznie, przeraźliwie dysząc. Jej ciałem wstrząsają spazmy bólu. Na chwilę zaciska powieki. Próbuje oczyścić drogi oddechowe, próbuje odzyskać jasność umysłu. Kiedy wreszcie podnosi wzrok, on siedzi w jednym z foteli, przyglądając jej się tak, jakby świetnie się bawił.
Czyjaś dłoń dotyka jej pleców. Wzdryga się, już ma ochotę zrobić zamach i ostatkami sił oddać cios, ale widok znajomej twarzy, t e j twarzy, rozluźnia jej wszystkie mięśnie.
Jak to zwykle bywało w ich przypadku, kiedy jedno w jakiś sposób na chwilę znajdowało powód do radości, drugie było nieszczęśliwe. Los nie przewidział żadnych zmian i tym razem.
Leon miał wystarczająco dużo problemów na głowie i bardzo nie chciał, żeby uciążliwe myśli dotyczące Violetty stały się kolejnym powodem do zmartwień.
Za każdym razem, kiedy był już niemal pewny, że jego miejsce jest przy boku Lary, Violetta pojawiała się w jego śnie ni stąd, ni zowąd i była tak realna, że nawet po przebudzeniu był w stanie uwierzyć, że widział ją naprawdę. To wystarczyło, by dojść do wniosku, że Lara nie jest t ą .
Ale czy tu rzeczywiście chodziło o Larę?
Otóż nie. Lara była jedynie wymówką, usprawiedliwieniem, które pozwalało mu myśleć, że problem nie tkwi w nim, a w kimś innym. Gdyby Leon wystarczająco ją kochał, bo nikt nie twierdzi, że nie kochał jej wcale, to nie myślałby wciąż o Castillo. Ale on wolał wszystko komplikować.
Nie mogę od niej oczekiwać tego, czego sam nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę w stanie od siebie dać, mówił za każdym razem, gdy ktokolwiek próbował mu uświadomić, że Lara jest dziewczyną idealną.
Prawda była taka, że Leon mógł Larze dać to wszystko, czego oczekiwała, jednak najpierw musiałby rozliczyć się z przeszłością, a tego nigdy nie zrobił.
A nie zrobił, bo najzwyczajniej w świecie nie chciał.
Ledwie może mówić.
- Co... - próbuje odchrząknąć i natychmiast tego żałuje. Stara się powstrzymać zdradzieckie łzy, które pieką ją w oczy - Co t y tutaj robisz?
Chłopak patrzy na nią z przejęciem. Odgarnia zagubiony kosmyk włosów za jej ucho.
- Och - czarnowłosy mężczyzna pochyla się w fotelu. Splata dłonie. - To wy n a p r a w d ę się znacie?
Młodzieniec obejmuje blondynkę i pomaga jej wstać. Na jego twarzy maluje się wściekłość.
- Czego od niej chcesz, Malave?
Śmieje się.
- Wiesz, właściwie nie jestem pewien.
Ludmiła czuje, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Przerażenie mówi do niej dzień dobry.
- Czy ta laleczka nie jest przypadkiem córką tego oszusta i zdrajcy, który rok temu postanowił wbić mi nóż w plecy, przez którego musiałem wyjechać z kraju i codziennie maskować się przed policją? Czy ona nie nazywa się F e r r o ?
W pomieszczeniu zapada cisza. Zza nieszczelnego okna dobiega rozmyty odgłos gryzących się kotów.
- Ona nie ma nic wspólnego ze sprawami jej ojca.
- Masz rację - wstaje. Wkłada ręce do kieszeni. - Ale powiedz mi, proszę, po co w takim razie tu przyszła?
Chłopak głośno przełyka ślinę. Kątem oka zerka na zdezorientowaną blondynkę, szukając w głowie odpowiednich słów. Błagam, Ludmiło, tylko się nie odzywaj, myśli.
- Przyszłam w odwiedziny - dziewczyna, jak na złość, otwiera usta - Tak, właśnie tak, w odwiedziny. Powiedziano mi, że mieszka tu Roberta Perez.
Malave uśmiecha się szyderczo, spoglądając na zrezygnowanego chłopaka.
- Wiesz, słonko, przyjechałem tu w określonym celu: posprzątać bałagan, którego narobił mój nieudolny wspólnik - twój ojciec, i położyć kres naiwnym wysiłkom jego bandy. Usunąć ich wszystkich z tego żałosnego świata. Ale potem - mówi, śmiejąc się cicho - kiedy już zacząłem przygotowywać plany, ten gówniarz przyszedł do mnie i poprosił, żebym cię nie zabijał. Tylko ciebie.
Milknie. Podnosi wzrok.
- Dosłownie b ł a g a ł , żebym cię nie zabijał - znowu się śmieje - To było równie żałosne, jak zaskakujące. Oczywiście wtedy uznałem, że muszę cię poznać, dlatego zwabiłem cię właśnie tutaj, do kamienicy, w której kiedyś mieszkała twoja babka, okrzyknięta wariatką i kompletnie odizolowana od małej Ludmiły, laleczki, której przeznaczeniem nie jest bratanie się z biedotą - mówi z uśmiechem, patrząc na nią, jakby był pod wrażeniem - Muszę poznać dziewczynę, która tak wiele znaczy dla mojego siostrzeńca!, powiedziałem sobie. Tę dziewczynę, która sprawiła, że poświęcił swoją dumę, swoją g o d n o ś ć , żeby mnie błagać o przysługę.
Cisza.
Ludmiła patrzy w oczy chłopaka. Chce jej się wyć i krzyczeć, bo nic nie rozumie.
- Dlaczego? - szepcze - Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
Łapie ją za ramiona i potrząsa mocno.
- Ludmiła, co do cholery miałem ci powiedzieć?! - puszcza ją i odwraca się. Zasłaniaja twarz dłońmi.
Mieszkanie nie było duże. Składały się na nie dwa pokoje, w tym jeden połączony z kuchnią, łazienka i mały przedpokój z ogromną lustrzaną szafą.
Świadomość, że od teraz już nikt nie będzie jej kontrolował sprawiała, że czuła się wolna, jednak obawa przed ciągłą samotnością nieco psuła ten pozytywny nastrój. Nie pomagały też sterty papierowych pudeł wypchanych przeróżnymi rzeczami, których jeszcze nie zdążyła rozpakować.
Tak tu cicho, myślała, wspominając dom, w którym zawsze dało się słyszeć Olgę podśpiewującą coś w kuchni, Ramallo liczącego rachunki, czy Germana wiecznie rozmawiającego przez telefon. Jakoś tu pusto bez n i c h .
Prawda była taka, że Violetta nie umiała przyzwyczaić się do samotności. Od dawna była samotna, ale wciąż nie mogła przyjąć tego do wiadomości.
Na jednym z pudeł leżał album, który dostała na urodziny od Camili i Francesci. Znalazła go podczas pakowania i nawet przeszło jej przez myśl, żeby zakopać go gdzieś głęboko w starociach, ale zwyczajnie nie była w stanie tego zrobić. Spojrzała na niego ze smutkiem i biorąc do rąk, delikatnie pogładziła oprawę, na której widniał kolorowy napis: Razem możemy więcej. Otworzyła pierwszą lepszą stronę i próbując nie wybuchnąć płaczem, odgięła skrawek kartki, który Fran kiedyś zagięła, żeby Viola nigdy nie musiała szukać swojego najładniejszego zdjęcia z Leonem.
- Tak bardzo za tobą tęsknię.
Zaczyna powoli, spokojnie przechadzać się po pokoju.
I wtedy doznaje olśnienia, dokładnie w tej chwili wszystko nagle nabiera sensu. Jego spojrzenie, jego sylwetka, jego klasa i gładkie maniery. Ten mężczyzna.
To nie jest zwykły biznesmen.
- Czy wiesz - mówi - kiedy mój siostrzeniec ostatnio poprosił mnie o przysługę?
Przekrzywia głowę. Czeka na jej odpowiedź.
Milczy.
- Nigdy - bierze oddech - Nigdy, ani razu przez dziewiętnaście lat o nic mnie nie poprosił. Bo widzisz, kwiatuszku, on mnie n i e n a w i d z i .
Chłopak stoi twarzą do ściany, nie odzywa się. Ludmiła wciąż walczy z kołaczącym sercem.
- A ja widzę w nim duży potencjał. Mógłby wiele osiągnąć, coś znaczyć, być kimś więcej, niż jakimś tam tancerzykiem, jak jego żałosny ojciec. Ale on robi tylko to, co musi, nigdy więcej. Nie wykazuje żadnej inicjatywy, woli spędzać godziny na tej waszej pożal-się-placówce. Woli być nieudacznikiem.
Zaciśnięte pięści uderzają o mur.
Malave zbliża się do dziewczyny. Okrąża ją dwa razy, uśmiechając się wymownie. Zatrzymuje się tuż za plecami i nachyla nad jej uchem.
- Skoro już cię poznałem - szepcze - i nie przydasz mi się więcej, - gładzi jej ramię, wywołując nieprzyjemne dreszcze - to nie ma sensu dalej prowadzić tej rozmowy. Mam nadzieję, że tatuś umrze z żalu, bo szkoda mi na niego amunicji.
Sięga do kieszeni, wyciąga broń, celuje jej w głowę.
Zmienia zdanie.
Szybkim krokiem podchodzi do siostrzeńca, chwyta go za ramię i odciąga od ściany. Popycha go w stronę blondynki i wciska broń do ręki.
- Ty to zrobisz. Zastrzel ją - mówi - W tej chwili ją zastrzel.
Z jej gardła wyrywa się zduszony krzyk, a łzy torują sobie drogę wzdłuż policzków.
Diego zamiera w bezruchu.
Zaczyna powoli, spokojnie przechadzać się po pokoju.
I wtedy doznaje olśnienia, dokładnie w tej chwili wszystko nagle nabiera sensu. Jego spojrzenie, jego sylwetka, jego klasa i gładkie maniery. Ten mężczyzna.
To nie jest zwykły biznesmen.
- Czy wiesz - mówi - kiedy mój siostrzeniec ostatnio poprosił mnie o przysługę?
Przekrzywia głowę. Czeka na jej odpowiedź.
Milczy.
- Nigdy - bierze oddech - Nigdy, ani razu przez dziewiętnaście lat o nic mnie nie poprosił. Bo widzisz, kwiatuszku, on mnie n i e n a w i d z i .
Chłopak stoi twarzą do ściany, nie odzywa się. Ludmiła wciąż walczy z kołaczącym sercem.
- A ja widzę w nim duży potencjał. Mógłby wiele osiągnąć, coś znaczyć, być kimś więcej, niż jakimś tam tancerzykiem, jak jego żałosny ojciec. Ale on robi tylko to, co musi, nigdy więcej. Nie wykazuje żadnej inicjatywy, woli spędzać godziny na tej waszej pożal-się-placówce. Woli być nieudacznikiem.
Zaciśnięte pięści uderzają o mur.
Malave zbliża się do dziewczyny. Okrąża ją dwa razy, uśmiechając się wymownie. Zatrzymuje się tuż za plecami i nachyla nad jej uchem.
- Skoro już cię poznałem - szepcze - i nie przydasz mi się więcej, - gładzi jej ramię, wywołując nieprzyjemne dreszcze - to nie ma sensu dalej prowadzić tej rozmowy. Mam nadzieję, że tatuś umrze z żalu, bo szkoda mi na niego amunicji.
Sięga do kieszeni, wyciąga broń, celuje jej w głowę.
Zmienia zdanie.
Szybkim krokiem podchodzi do siostrzeńca, chwyta go za ramię i odciąga od ściany. Popycha go w stronę blondynki i wciska broń do ręki.
- Ty to zrobisz. Zastrzel ją - mówi - W tej chwili ją zastrzel.
Z jej gardła wyrywa się zduszony krzyk, a łzy torują sobie drogę wzdłuż policzków.
Diego zamiera w bezruchu.